Święte Triduum Paschalne – misterium Zbawienia Trzy Święte Dni Paschy to nie okres Wielkiego Postu, lecz dni największego Święta Kościoła. Wielki Post kończy się w


Wielki Czwartek wczesnym popołudniem. Wieczór Wielkiego Czwartku, Wielki Piątek, Wielka Sobota w Kościele nie są więc dniami powszednimi, roboczymi. Msza św. Wieczerzy Pana w Wielki Czwartek jest w rzeczywistości Mszą św. Wielkiego Piątku, podobnie jak Msza św. w wieczór sobotni stanowi pierwszą Mszę św. niedzieli.


Wielki Czwartek – dzień Wieczerzy Pańskiej Dzień ten rozpoczyna obchody świętego Triduum Paschalnego. Świętujemy w nim ustanowienie Eucharystii i sakramentu kapłaństwa. Ma on niezwykle bogatą symbolikę. We wszystkich Kościołach Katedralnych właśnie w tym dniu w trakcie Mszy Krzyżma, rano, poświęcony zostaje olej katechumenów, olej chorych i Krzyżmo Święte. Oleje te będą służyć przez cały rok w diecezji do chrztów, namaszczania chorych bierzmowania, święceń kapłańskich i konsekracji kościołów i ołtarzy. Również w tym dniu wieczorem ma miejsce Msza Wieczerzy Pańskiej. Jest to niezwykle uroczysta Eucharystia, która w każdym kościele jest koncelebrowana przez wszystkich księży z parafii. W trakcie śpiewu „Chwała na wysokości Bogu” biją wszystkie dzwony i dzwonki znajdujące się w kościele. Po tym śpiewie milkną aż do chwili kiedy ich dźwięk oznajmi światu radosną wieść, że Chrystus prawdziwie zmartwychwstał. Milkną także organy i odtąd wszystkie śpiewy wykonywane są a cappella. Po homilii (przeważnie w większych kościołach) następuje liturgia umywania nóg, która upamiętnia ewangeliczną scenę, w której Jezus umył nogi swoim apostołom. Wówczas kapłan obmywa nogi 12 wiernym wybranym wcześniej spośród parafian. Po Komunii następuje uroczyste przeniesienie Najświętszego Sakramentu z Tabernakulum do odpowiednio przygotowanego miejsca popularnie nazywanego ciemnicą. Przeważnie jest to boczna nawa lub kaplica. Po odejściu kapłana do zakrystii odkrywany jest ołtarz. W tym dniu nie ma błogosławieństwa, gdyż jest to dopiero początek pamiątki wielkich dzieł zbawczych, które się dokonały i wciąż są uobecniane. Liturgia w pewien sposób trwa nadal. Pan Jezus po ostatniej wieczerzy wyszedł do Ogrójca aby się modlić. Wiele zakonów, a także niektórzy świeccy w noc z wielkiego czwartku na piątek odprawiają tzw. Godzinę Świętą. Jest to kilkugodzinne czuwanie połączone z czytaniami z Pisma Świętego, modlitwami i adoracją w Ciemnicy.


Wielki Piątek Męki Pańskiej W Wielki Piątek nie sprawuje się Mszy świętej. Liturgia tego dnia jest jednak niezwykle bogata. Wejście kapłanów i asysty następuje w ciszy. Po przyjściu do ołtarza kapłani kładą się krzyżem oddając cześć Jezusowi. Następuje Liturgia Słowa w tracie której odczytywana jest Męka Pańska. Po niej i po rozbudowanej w tym dniu modlitwie powszechnej następuje uroczyste odsłonięcie i adoracja Krzyża. Wierni podchodzą i całują święty znak męki. Po tym obrzędzie przykrywa się ołtarz obrusem i rozdzielana jest Komunia Święta. Następnie monstrancję z Najświętszym sakramentem zasłania się welonem i przenosi do grobu. Chrystus został ukrzyżowany i oddał ducha.


Wielka Sobota Jest to jedyny dzień w roku, w którym nie odprawia się ani Mszy ani żadnych innych nabożeństw. Następuje tylko poświęcenie pokarmów. Wigilia Paschalna, która rozpoczynać się powinna po zmroku należy już do obrzędów dnia następnego – niedzieli Zmartwychwstania.



Wielka Noc


Zmartwychwstania – Wigilia Paschalna Ten dzień, a właściwie ta noc ma najbogatszą Liturgię z całego Triduum. Rozpoczyna się na dworze poświęceniem ognia i zapaleniem Paschału. Jak Chrystus cudownie zmartwychwstały zajaśniał dla wszystkich dusz pogrążonych w ciemnościach grzechu, tak teraz w ciemności nocy płonie światło świecy paschalnej, która jest też symbolem słupu ognia prowadzącego Izraelitów przez pustynię – o czym usłyszymy w czytaniach. Po uroczystym wniesieniu Paschału i zapaleniu świateł kapłan lub diakon śpiewa Exultet – orędzie paschalne, przepiękną pieść ogłaszającą światu że to dziś jest ta „Błogosławiona noc w której niebo łączy się z ziemią”. Po Liturgii Światła następuje Liturgia Słowa w której powinno być odczytanych 8 czytań (i tyleż samo psalmów) i Ewangelia, ale można odczytać mniejszą ilość. Przed ostatnim czytaniem zwanym epistołą odśpiewane zostaje radosne Gloria – Chwała na wysokości Bogu w trakcie którego znów odzywają się wszystkie dzwony. Po epistole następuje uroczysty śpiew Alleluja – pierwszy raz od 40 dni. Po nim następuje Ewangelia ogłaszająca że Jezus Zmartwychwstał i ukazał się swoim wybranym. Następna cześć Liturgii tego dnia to poświęcenie wody i jeśli są katechumeni – chrzest. W trakcie tego obrzędu śpiewa się litanię do wszystkich świętych. Po poświęceniu wody następuje uroczyste odnowienie przyrzeczeń chrztu. Świadome potwierdzenie wyboru, który dokonali za nas nasi rodzice. Następnie sprawowana jest Liturgia Ofiary, czyli błogosławieństwo darów, konsekracja i Komunia. Przy konsekracji używa się Pierwszej Modlitwy Eucharystycznej czyli Kanonu Rzymskiego. Jest to przepiękna i uświęcona Tradycją modlitwa w której słowa warto się wsłuchać. Po komunii, lub przed pierwszą Msza poranną następuje Procesja Rezurekcyjna. Ksiądz z Najświętszym Sakramentem, asysta i wszyscy wierni wychodzą na ulicę swojej parafii aby obwieścić całemu światu, że Chrystus zmartwychwstał – Prawdziwie zmartwychwstał!

 

Przestałem chodzić do kościoła

Moje świadome chrześcijańskie życie duchowe rozpoczęło się po maturze. Egzamin dojrzałości, a raczej to, co się wydarzyło zaraz po nim, stało się ważną cezurą dla mojego życia (choć o rzeczywistej dojrzałości osobowej czy dojrzałości wiary trudno byłoby wtedy mówić). Pozostaje pytanie, co było przedtem, skoro już jako dziecko zostałem ochrzczony i przez wiele lat jako nominalny katolik uczestniczyłem w cotygodniowych katechezach przy parafii?Zaspokoić głód matefizycznyOd ósmej klasy szkoły podstawowej przestałem chodzić do kościoła. Decyzja ta była związana z poszukiwaniem własnej tożsamości. Tradycja katolicka w wydaniu parafialnym czy katechetycznym nie wydawała mi się wtedy pociągająca. Być może po prostu jej nie rozumiałem. Gdybym miał jakoś scharakteryzować to, co wtedy jawiło mi się jako katolicyzm, powiedziałbym przede wszystkim o moralizatorstwie. Prawda wiary o tym, że "Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze", choć pewnie doktrynalnie poprawna, sprawiała, że nieustannie czułem się jak na ławie oskarżonych. Jednocześnie jedynym skutecznym sposobem zbliżenia się do Boga było - jak mi się wtedy wydawało - osiągnięcie etycznej poprawności zgodnej z Dekalogiem, a na to z racji mojego wieku i niedojrzałości nie było mnie stać. Jednocześnie muszę dodać, że od zawsze była we mnie pewna wrażliwość na wartości metafizyczne. Wcześnie przeczytałem Ewangelie i jakoś podświadomie tęskniłem za ludźmi, dla których religia była naprawdę najważniejszym punktem odniesienia. Wyrazem tej tęsknoty była na przykład moja reakcja na film Gandhi. Postać słynnego Hindusa, z jego ideą walki bez przemocy, była dla mnie dowodem na istnienie sacrum i na możliwość prymatu ducha nad materią. Film ten zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że wieczorem po jego obejrzeniu po raz pierwszy od wielu lat się modliłem. Poza tym epizodem wtedy jednak jeszcze w moim życiu nic się nie zmieniło. Wokół siebie niewielu bowiem spotykałem podobnych świadków, a może po prostu coś było nie tak z moją spostrzegawczością. W każdym razie katolicyzm wydawał mi się strukturą nadmiernie zrytualizowaną, która nie miała większego wpływu na jakość życia ludzi. Ponieważ przyroda nie znosi próżni, musiałem sobie znaleźć coś, co zaspokoi mój "głód metafizyczny". Tym czymś stała się dla mnie sztuka. Całą szkołę średnią uganiałem się za coraz to nowymi fascynacjami estetycznymi, nie wiedząc, że tak naprawdę szukam w nich Boga. Bliscy byli mi szczególnie ci artyści, którzy w jakiś sposób absolutyzowali sztukę. Stachura ze swoją próbą celebrowania czy wręcz sakralizowania szarej codzienności i ze źródłowo buddyjską próbą stania się "człowiekiem-nikt", Witkacy ze swoim pędem za doświadczeniem "dziwności bytu" i budzeniem poprzez sztukę "odczuć metafizycznych" czy też Schultz - nieustanny uciekinier z prowincjonalnego miasteczka w świat nadmiernie rozbuchanej estetyki - wszyscy oni stawali się dla mnie prorokami nowej wiary, wiary w wartości estetyczne. Nie byłoby w tym może nic niebezpiecznego, gdyby wartości te nie były oderwane od dobra i prawdy, a takie pęknięcie niestety w kulturze nastąpiło. Cała dwudziestowieczna awangarda była tym przesiąknięta, tak w literaturze, jak i sztukach plastycznych. Począwszy od futurystów, dadaistów aż do akcjonistów wiedeńskich, dla których proces twórczy niejako legitymizował uzyskanie prawa do przekraczania wszelkich granic moralnych. To mi imponowało, choć na szczęście raczej tylko na poziomie ideologicznym niż praktycznym. Niemniej absolutyzowanie sztuki, choćby tylko na płaszczyźnie teoretycznej, nie mogło pozostać obojętne dla mojego życia duchowego. Brnąłem w ślepą uliczkę. W tym czasie próbowałem pisać i malować, a przez to, że byłem w tym dosyć samotny i odizolowany od środowiska, siłą rzeczy stało się to dla mnie sposobem niezdrowego kultywowania własnego "ja". Doprowadziło mnie to do opłakanego stanu, w którym albo przeżywałem ekstazy i uniesienia, gdy udało mi się coś ciekawego "stworzyć", albo wpadałem w depresję, bo wydawało mi się, że "się skończyłem". Kręciłem się w kółko, a moje ciągłe huśtawki emocjonalne sprawiały, że zaczynałem być tym wszystkim zmęczony i powoli otwierałem się na jakąś duchową zmianę. Pierwszą jej jaskółką było spotkanie z osobami z Odnowy w Duchu Świętym. Byli to pierwsi napotkani przeze mnie katolicy, którzy tak spontanicznie i z niezwykłą żarliwością mówili o Bogu, a nawet na spotkaniu, które miało charakter towarzyski, zaproponowali wspólną modlitwę. Byłem w szoku! Wtedy zrozumiałem, że tradycja katolicka nie musi być tylko martwym rytuałem, ale może naprawdę karmić wewnętrznie ludzi, którzy zechcą nią żyć. Imponowały mi harmonia i spokój tych ludzi, które wypływały z autentycznego zawierzenia Bogu. Sam jednak nie znałem jeszcze drogi do podobnego doświadczenia. Przyszło ono rok później jako przejaw zupełnie nieoczekiwanej i zaskakującej łaski. Obrót o 180 stopni Bardzo bałem się przyszłości i nie wyobrażałem sobie, co miałbym robić, gdybym nie dostał się na wymarzone studia artystyczne. Po maturze "oblałem" egzamin wstępny na wyższą uczelnię i paradoksalnie w tym momencie zamiast spodziewanego załamania doświadczyłem obecności Boga jako Ojca. W swoim wnętrzu "usłyszałem" zapewnienie, że On sam będzie się mną opiekował i że mogę się całkowicie na Nim oprzeć. To było doświadczenie zawierzenia Bogu swojego życia i od tego momentu mogę powiedzieć, że naprawdę stałem się katolikiem. Moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Zacząłem się modlić, chodzić niemal codziennie na Eucharystię i regularnie się spowiadać. Największą torturą dla mnie byłaby wtedy niemożność pójścia do komunii. Bycie w łasce uświęcającej stało się po prostu moim sposobem na życie. Zacząłem coraz więcej czytać na temat wiary i szybko okazało się, że tak naprawdę niewiele dotąd wiedziałem o katolicyzmie. Uświadomiłem sobie także, że lepiej czerpać o nim wiedzę od świętych, czyli u samego źródła, niż w miejscach, gdzie można spotkać wiele deformacji i zanieczyszczeń. Po kilku miesiącach takiego ożywionego życia duchowego doświadczyłem czegoś, co Ruch Charyzmatyczny nazywa chrztem w Duchu Świętym. Nie byłem wtedy jeszcze w żadnej wspólnocie i tylko to, że czytałem o takim doświadczeniu, uchroniło mnie przed stwierdzeniem, że... postradałem zmysły. To, co pamiętam, to doświadczenie ogromnej miłości Bożej i radości z tego, że jestem bardzo kochany przez Boga, a także zdrętwienie ust, które nagle same zaczęły się poruszać w rytm obco brzmiącej modlitwy uwielbienia. Zacząłem wtedy szukać środowiska, w którym mógłbym wzrastać duchowo, i tak trafiłem na spotkania Odnowy w Duchu Świętym, początkowo w Kielcach, gdzie przez dwa lata uczyłem się w Policealnym Studium Plastycznym, a potem w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie zacząłem studiować teologię. Studia rozpocząłem w 1989 roku, a był to pierwszy rok, w którym studia teologiczne dla świeckich (poza Katolickim Uniwersytetem Lubelskim i Akademią Teologii Katolickiej) były uznane przez władze państwowe. Tak więc niejako od razu zacząłem partycypować w korzyściach wynikających z odzyskania przez Polskę wolności. Realizm Ćwiczeń Duchowych Gorzowska wspólnota Odnowy była dla mnie miejscem pełnym ciepła i wzajemnego wspierania się, a z czasem stała się także miejscem służby. Jako gorliwy neofita chętnie angażowałem się w apostolstwo. Mimo braku doświadczenia i niedojrzałości mogę powiedzieć, że Pan Bóg niekiedy się mną wtedy posługiwał. Do dzisiaj nie mogę nadziwić się, jak to się stało, że np. dane mi było jako dwudziestotrzylatkowi zorganizować dwa spotkania ewangelizacyjne w pewnym zakładzie karnym dla młodocianych przestępców. Mimo ogólnie dobrych chęci popełniałem wtedy również wiele błędów, które wynikały z typowo prozelickiego braku rozsądku. Z czasem coraz bardziej zacząłem potrzebować jakiejś weryfikacji mojej duchowej drogi i tak trafiłem do Czechowic-Dziedzic na pierwszy tydzień Ćwiczeń duchownych św. Ignacego Loyoli. To było to, czego potrzebowałem. Kolejne tygodnie rekolekcji ignacjańskich, które odprawiałem w około rocznych odstępach, dały mi przede wszystkim pogłębiony wgląd w siebie, we własne nie zawsze zdrowe motywacje, które pod pokrywką życia religijnego były podświadomym dążeniem do błyszczenia i potwierdzania siebie. Z kolei na dalszych etapach, poprzez nieustającą szkołę kontemplacji wydarzeń z życia Jezusa, Ćwiczenia pomagały mi coraz bardziej zbliżać się do Niego i naśladować Go. Formacja ignacjańska poprzez swój realizm i pewien programowy chłód była doskonałym uzupełnieniem formacji charyzmatycznej, która z kolei akcentowała nieustanny emocjonalny kontakt z Bogiem i pęd do działalności apostolskiej. To, co odkrywałem podczas rekolekcji ignacjańskich, a później podczas dodatkowych skupień przygotowujących mnie do posługi kierownika duchowego w Ćwiczeniach, sprawiało, że moje zaangażowanie we wspólnotę Odnowy było coraz bardziej dojrzałe i przynosiło coraz lepsze owoce. Zacząłem integrować wokół siebie młodych ze wspólnoty, organizować dla nich rekolekcje, animować małą grupkę podczas Seminariów Odnowy w Duchu Świętym, angażować się w modlitwę wstawienniczą. Równolegle z tymi ścieżkami rozwoju wewnętrznego, nastąpił przełom w moich poszukiwaniach powołania zawodowego. Od początku trzeciego roku studiów rozpocząłem staż dziennikarski w gorzowskim miesięczniku diecezjalnym "Aspekty". Mogły wtedy zaowocować moje wcześniejsze próby literackie ze szkoły średniej. W ten sposób dawno przerwany wątek mogłem niejako podjąć na nowo, choć na nieco inny sposób. Co do mojego stażu wiele zawdzięczam, ówczesnej szefowej redakcji, która nauczyła mnie podstaw warsztatu dziennikarza i redaktora. Wielkie znaczenie miało też dla mnie odbycie kursu dziennikarskiego, który w Warszawie zorganizowało jezuickie biuro OCIPE. Było to o tyle na czasie, że w Polsce lat dziewięćdziesiątych otwierały się zupełnie nowe możliwości zawodowe, które za czasów komuny byłyby nie do pomyślenia. Po około półtora roku przeniosłem się do Krakowa. Był to dla mnie trudny czas odłączenia od dawnej wspólnoty, czas określania się na nowo. Kilka razy wcześniej i kilka później zdarzały mi się takie sytuacje, że musiałem niejako od początku wchodzić w nowe środowisko i z mozołem odnajdywać swoje miejsce w nowej rzeczywistości. Taki czas zawsze ma charakter pewnej weryfikacji, odsłania bowiem prawdę o tym, na ile potrafię być wierny własnym najgłębszym pragnieniom w sytuacji niesprzyjającej ich realizacji. Kiedy udaje mi się pomyślnie przejść taki życiowy egzamin, później zwykle odnajduję się w nowej rzeczywistości i mam przed sobą kilka lat w miarę spokojnego i harmonijnego zaangażowania. W Krakowie stosunkowo szybko zacząłem kontynuować wspomniane wątki mojej aktywności (osobiste odprawianie Ćwiczeń i pomoc w tych rekolekcjach w charakterze kierownika duchowego, współorganizowanie seminariów Odnowy w Duchu Świętym, studia teologiczne i dziennikarstwo). Przez kilka lat pracowałem i współpracowałem jako dziennikarz z kilkoma redakcjami, a po uzyskaniu magisterium z teologii coraz bardziej dochodziło we mnie do głosu pragnienie kontynuowania studiów teologicznych i pracy naukowej. I tak najpierw w Prymasowskim Instytucie Życia Wewnętrznego w Warszawie obroniłem licencjat (2001), a dwa lata później doktorat z teologii duchowości na PAT w Krakowie (2003). W ten sposób moją pasję dziennikarską połączyłem z pasją naukową. Duchowość małżeńska Pierwsze doświadczenia wykładów na Karmelitańskim Instytucie Duchowości w Krakowie dały mi niesamowite potwierdzenie, jak ważne jest to, że to właśnie osoba świecka może być wykładowcą teologii duchowości. To dało mi też możliwość powrotu do wątku apostolskiego, który choć był obecny w moich publikacjach, teraz zyskał okazję uzewnętrznienia się również w bezpośrednich spotkaniach z ludźmi, co bardzo sobie cenię. W tym czasie przeżyłem jeszcze jedną bardzo istotną zmianę, pewnie najważniejszą. Ożeniłem się. To znowu spowodowało, że moja duchowa droga nabrała nowych wymiarów i kształtów. Teraz z każdym dniem coraz bardziej widzę, jak sakrament małżeństwa zaczyna wyznaczać nowe przestrzenie moich poszukiwań duchowych i naukowych. Duchowość małżeńska ciągle jeszcze nie doczekała się w literaturze teologicznej dostatecznego opisania. Najczęściej ujmowana jest pod kątem pedagogicznym, psychologicznym i pastoralnym, a właściwie nie ma opracowań, które opisywałyby tę rzeczywistość jako konkretną drogę duchowego wzrostu, ze swoimi specyficznymi wymogami i etapami. Tego rodzaju poszukiwania stają się dla mnie prawdziwym wyzwaniem, a jak na razie najlepszym i najbardziej nowatorskim przewodnikiem po tych ścieżkach pozostaje Karol Wojtyła (Miłość i odpowiedzialność) i Jan Paweł II (Mężczyzną i niewiastą stworzył ich). Ogromnym potwierdzeniem tych moich nowych fascynacji był fakt, że pierwszą konferencję na temat małżeństwa jako drogi do świętości dane mi było wygłosić dla Akcji Katolickiej w. Niegowici. To była wielka łaska zacząć swoją nową posługę w miejscu, gdzie swoją zaczynał młody Karol Wojtyła. Mam poczucie, że podobnie, jak kilka razy wcześniej, znowu staję na początku jakiejś drogi i do końca nie wiem, dokąd mnie ona zaprowadzi. Nie opuszcza mnie jednak przeświadczenie, że warto nią pójść, bo tylko wtedy będę mógł o tym się przekonać.(DENON)

Kościół prześladowany w świecie
List pasterski Episkopatu Polski o prześladowaniu chrześcijan

Umiłowani w Chrystusie Panu, Siostry i Bracia!

Słowo Boże ukazuje dzisiaj szczególną bliskość i zatroskanie Boga o ludzi prostych, pozbawionych środków do życia i zagrożonych w swojej egzystencji. Chrystus koncentruje naszą uwagę na ubogiej i pokornej wdowie oraz jej ofiarnym geście, w którym zawiera się także całkowite zaufanie Bogu. Ona nie ma dokąd iść, więc przychodzi do Boga i oddając Mu wszystko, poddaje się Jego Opatrzności. Ufa bezgranicznie dobroci Boga i powierza Mu całe swe życie. Słowo Boże jest zawsze żywe i aktualne. Dziś, gdy przeżywamy Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym, to ewangeliczna wdowa jawi się jako obraz prześladowanego Kościoła. Patrząc na ubogą wdowę, musimy zobaczyć w niej miliony naszych braci i sióstr prześladowanych za wiarę w Chrystusa. Musimy ich zobaczyć, tak jak Chrystus dostrzegł w świątyni ignorowaną przez wszystkich ubogą i pokorną wdowę. Nie możemy nie zauważyć brata, który cierpi jak Chrystus i dla Chrystusa. Zachowalibyśmy się wówczas jak bliscy Chrystusa, którzy w czasie Jego męki i śmierci obojętnie „stali z daleka” (por. Łk 23,49). Do nas samych odnosiłyby się wówczas słowa Psalmisty, który żali się przed Bogiem: „Przyjaciele moi i sąsiedzi stronią od mojej choroby i moi bliscy trzymają się z daleka” (Ps 38,12).

1.      Współczesne prześladowanie chrześcijan

Prześladowanie chrześcijan jest dzisiaj faktem niezaprzeczalnym. Aby się o tym przekonać, wystarczy uważnie obserwować wydarzenia, które dokonują się na naszych oczach lub docierają do nas poprzez środki masowego przekazu. Prześladowania chrześcijan wpisują się w szerszy kontekst eskalacji przemocy i agresji, którą obserwujemy w otaczającym nas świecie. Gwałt i przemoc pojawiają się tam, gdzie naruszając godność człowieka, usiłuje się narzucić mu jakiś rodzaj zachowania, system społeczny, religijny lub wymusić na nim rezygnację z tego, co mu się słusznie należy.

Prześladowanie chrześcijan przybiera dziś różne formy: od ośmieszania, marginalizacji i usuwania z przestrzeni publicznej aż do odbierania życia. Kontynent europejski, który po upadku Cesarstwa Rzymskiego odbudował się pod sztandarem Krzyża, dzisiaj jest odcinany od znaku swojej tożsamości, kultury, a przede wszystkim od chrześcijańskich korzeni. Krzyż Chrystusa i inne chrześcijańskie symbole stają się w niektórych częściach Europy zakazane. Coraz częściej na naszym kontynencie dochodzi też do profanacji miejsc kultu i cmentarzy.

W historii współczesnej odnajdziemy wiele przykładów masowych prześladowań chrześcijan. W tym roku przeżywamy setną rocznicę ludobójstwa w Turcji. W 1915 roku rozpoczęto planową eksterminację o charakterze ludobójczym chrześcijan zamieszkujących od wieków obszary zajmowane przez Imperium Tureckie. Ludobójstwo pochłonęło ok. dwóch milionów ofiar, z tego najliczniejszą grupę ofiar byli Ormianie (ok. półtora miliona zamordowanych), następnie syryjscy chrześcijanie, Asyryjczycy (ok. 300 tysięcy) oraz Grecy (ok. 200 tysięcy). W czasie samego ludobójstwa, z chwilą masowych egzekucji przedstawicieli ormiańskich elit, ujawnił się motyw zbrodniczej działalności oprawców – nienawiść do chrześcijaństwa. By ją bardziej rozbudzić odwoływano się do tradycyjnego w islamie obrazu chrześcijan jako „niewiernych”. Tysiące wyznawców Chrystusa postawionych przed tą alternatywą dokonywało heroicznego wyboru Jezusa i Jego Krzyża.

Przemiany, jakie dokonują się w Europie, wpisują się w dramat konfliktów i prześladowań chrześcijan, do których dochodzi w innych częściach świata. Według Raportu Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie w roku 2014 w 116 krajach świata dochodziło do łamania wolności religijnej, z czego w dwudziestu krajach sytuacja jest dramatyczna[1]. Ponad 100 tys. chrześcijan każdego roku jest brutalnie mordowanych, a jedynym motywem odebrania im życia jest wyznawana przez nich chrześcijańska wiara.

Los chrześcijan oraz ich obecność w Iraku, Syrii, północnych stanach Nigerii ciągle stoi pod znakiem zapytania. Na oczach całego świata fundamentaliści z „państwa islamskiego” dokonują rzezi na wyznawcach Chrystusa, przybijając ich do krzyża, zadając tortury, dokonując rytualnych egzekucji. W samym Iraku przed dwunastoma laty żyło 1 milion 450 tys. chrześcijan, dzisiaj jest ich niecałe 100 tys. Arcybiskup Mosulu w sierpniu ubiegłego roku wysłał informację do Ojca Świętego, że w jego diecezji po 1400 latach przestała istnieć wspólnota chrześcijańska. Podobne wieści możemy już niedługo usłyszeć z Aleppo w Syrii i z wielu innych diecezji, gdzie coraz brutalniej eliminuje się chrześcijan.

Jednym z bolesnych przejawów współczesnej przemocy jest także zabijanie misjonarzy, najczęściej pracujących i dających świadectwo Chrystusowi wśród najuboższych mieszkańców naszego globu. Według statystyk publikowanych przez watykańską Kongregację Ewangelizacji Narodów każdego roku ginie od 20 do 30 katolickich misjonarzy. Są wśród nich także Polacy, jak choćby młodzi franciszkanie o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek, którzy za kilka tygodni będą przez papieża Franciszka ogłoszeni błogosławionymi. Zostali oni zamordowani przed ponad dwudziestu laty przez terrorystów marksistowskiego ruchu  „Świetlisty Szlak”, który dążył zbrodniczymi metodami do zmiany ustroju w Peru. Dwaj trzydziestoletni misjonarze z Polski zostali zabici za to, że głosili Ewangelię, ale również dlatego, że troszczyli się o potrzeby Indian cierpiących skrajne ubóstwo, zapewniając najuboższym chleb i odzienie oraz budując wspólnotę solidarności i wzajemnej pomocy wśród andyjskich górali. Takich wstrząsających wydarzeń jest więcej.

2.  Chrześcijańska postawa wobec prześladowań

Jako chrześcijanie nie możemy patrzeć na te wydarzenia obojętnie. Społeczny wymiar zła i grzechu, prowadzący do prześladowań chrześcijan, domaga się odpowiedzi ze strony wierzących. Musimy zająć stanowisko zaangażowane i ewangeliczne.

a) Solidarność z prześladowanymi

W dzisiejszej liturgii obrazem prześladowanego Kościoła staje się uboga wdowa. Wdowa należała do tej grupy ludzi, o których Pan Bóg się upomina, wzywając do otoczenia ich opieką ze strony możnych i pomocy od wszystkich życzliwych ludzi. Również i dziś mamy prawo domagać się od możnych tego świata – od instytucji rządowych, organizacji międzynarodowych, mediów – zdecydowanej reakcji i obrony prześladowanych chrześcijan. Niestety, kryzys wartości, niechęć do chrześcijaństwa powodują, że media, zwłaszcza europejskie, milczą na temat dyskryminacji czy przemocy wobec chrześcijan na naszym kontynencie. Również organizacje powołane do obrony pokoju na świecie zdają się być w tym względzie zbyt opieszałe. Dziś musimy udzielić swego głosu tym wszystkim, którzy nie mogą się bronić i wykrzyczeć całego dramatu swego cierpienia. Musimy pamiętać, że Jezus Chrystus, którego jesteśmy uczniami, stawał po stronie prześladowanych i poniżanych, sam przecież umierał na krzyżu jako niesprawiedliwie osądzony i poniżony. Jako ukrzyżowany i zmartwychwstały Pan życia jest Bożym Słowem sprzeciwu wobec każdej agresji i przemocy!

Również i my nie możemy pozostać obojętni na cierpienie prześladowanych. Solidarność z nimi jest naszym obowiązkiem oraz formą wyrazu naszej własnej wierności Chrystusowi Panu i naszemu sumieniu. Głośno wypowiadamy więc naszą niezgodę na niesprawiedliwe traktowanie prześladowanych sióstr i braci w wierze. Mówimy prześladowcom za Chrystusem Panem cierpiącym dzisiaj w naszych braciach: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz” (J 18,23). Głos chrześcijan wołających o pomoc powinien znaleźć odzew wśród wszystkich ludzi dobrej woli, którym rzeczywiście na sercu leży troska o pokojowe współżycie rodziny ludzkiej. Krzywda drugiego człowieka, niezależnie od wyznawanej wiary, nie powinna umykać uwadze tych, którzy mienią się obrońcami ludzkich praw i krzewicielami cywilizacji. Apelujemy, zachęcamy i prosimy o solidarność z prześladowanym Kościołem.

b) Wyrzeczenie się przemocy i ufne powierzenie się Bogu

Zło obecne w świecie może być zwyciężone jedynie przez heroiczne dobro i otwarcie na moc Boga, który nigdy nie posługuje się przemocą i agresją. Musimy zatem w naszych rodzinach i innych wspólnotach wiary kształtować postawy miłości, braterstwa, szacunku dla innych ludzi i odpowiedzialności za dobro wspólne. Nade wszystko zaś musimy stać się naśladowcami Chrystusa, który „gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził” (1 P 2,23). To właśnie pokora i cierpliwość Jezusa stała się znakiem Jego wielkości i początkiem Jego zwycięstwa. Warto w tym kontekście przypomnieć słowa św. Jana Chryzostoma: „Jak długo pozostajemy owcami, zwyciężamy; otoczeni niezliczoną gromadą wilków, jesteśmy mocniejsi. Gdy jednak stajemy się wilkami, ulegamy, ponieważ jesteśmy pozbawieni pomocy Dobrego Pasterza. Wszak nie jest On pasterzem wilków, ale owiec.” (Homilia do Ewangelii św. Mateusza, LG IV, s. 474).

Postawie tej winno towarzyszyć ufne powierzenie się Bogu, wzorem ubogiej wdowy z Ewangelii. Była ona cichą owieczką całkowicie oddającą się opiece Boga – Wielkiego Pasterza owiec, który – jak śpiewaliśmy w dzisiejszym Psalmie – „wiary dochowuje na wieki, uciśnionym wymierza sprawiedliwość, chlebem karmi głodnych, wypuszcza na wolność więźniów” (Ps 146). Ci, którzy doświadczają cierpień za wiarę, niech zaufają Bożej Mocy i Miłości jak ewangeliczna wdowa, która oddała Bogu całe swe życie; jak sam Chrystus, który na krzyżu wołał: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!” (Łk 23,46).

c) Zjednoczenie z ofiarą Chrystusa

Chrześcijanie prześladowani za wiarę swoje męczeństwo wpisują w jedyną Ofiarę, którą Pan Jezus złożył sam z Siebie dla zbawienia świata. W ich życiu realizuje się ewangeliczna zapowiedź Jezusa: „Podniosą na was ręce i będą was prześladować. I z powodu Mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich.” (Łk 21,12.17). Również i my winniśmy być gotowi na cierpienie w obronie chrześcijańskiej wiary.

W Eucharystii, którą sprawujemy, uobecnia się ofiara Chrystusa na krzyżu i Jego chwalebne zmartwychwstanie. Niech przyjęcie słowa i ciała Zbawiciela uzdolni nas wszystkich do zjednoczenia się z Jego ofiarą na krzyżu, abyśmy i my potrafili złożyć swe życie w ofierze Bogu i ludziom. Niech Chrystus pomoże nam codziennie umierać wraz z Nim (por. 1 Kor 15,31).

 Przyszłość Europy i świata zawierzmy Maryi Matce Kościoła, która jest także Królową Wyznawców i Królową Męczenników. Razem z Nią módlmy się słowami dzisiejszej modlitwy liturgicznej: „Wszechmocny i miłosierny Boże, oddal od nas łaskawie wszelkie przeciwności, abyśmy wolni od niebezpieczeństw duszy i ciała, mogli swobodnie pełnić Twoją służbę”.

W łączności z Kościołem prześladowanym, na mężne trwanie w wierze i dawanie świadectwa o Chrystusie, z serca wszystkim błogosławimy.

Podpisali:
Pasterze Kościoła katolickiego w Polsce
obecni na 370. Zebraniu Plenarnym
Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie
w dniu 7 października 2015 r.

List należy odczytać w niedzielę, 8 listopada 2015 r.

Tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego
(Tekst został napisany przez kard. Stefana Wyszyńskiego, a śluby zostały złożone na Jasnej Górze przez naród polski 26 sierpnia 1956.)
Wielka Boga-Człowieka Matko, Bogarodzico Dziewico, Bogiem sławiona Maryjo Królowo świata i Polski Królowo
Gdy upływa trzy wieki od radosnego dnia, w którym zostałaś Królową Polski, oto my, dzieci Narodu Polskiego i Twoje dzieci, krew z krwi przodków naszych, stajemy znów przed Tobą, pełni tych samych uczuć miłości, wierności i nadziei, jakie ożywiały ongiś Ojców naszych.
My, Biskupi Polscy i Królewskie Kapłaństwo, lud nabyty Zbawczą Krwią Syna Twego, przychodzimy Maryjo znów do Tronu Twego, Pośredniczko Łask Wszelkich, Matko Miłosierdzia i wszelkiego pocieszenia.
Przynosimy do stóp Twoich całe wieki naszej wierności Bogu, Kościołowi Chrystusowemu - wieki wierności szczytnemu posłannictwu Narodu, omytego w wodach Chrztu św.
Składamy u stóp Twoich siebie samych i wszystko, co mamy: rodziny nasze, świątynie i domostwa, zagony polne i warsztaty pracy, pługi, młoty i pióra, wszystkie wysiłki myśli naszej, drgnienia serc i porywy woli.
Stajemy przed Tobą pełni wdzięczności, żeś była nam Dziewicą Wspomożycielką wśród chwały i wśród straszliwych klęsk tylu potopów. Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wypełniliśmy ślubów i przyrzeczeń ojców naszych.
Spojrzyj na nas, Pani Łaskawa, okiem Miłosierdzia Twego i wysłuchaj potężnych głosów, które zgodnym chórem rwą się ku Tobie z głębi serc wielomilionowych zastępów oddanego Ci Ludu Bożego.
KRÓLOWO POLSKI, ODNAWIAMY DZIŚ ŚLUBY PRZODKÓW NASZYCH I CIEBIE ZA PATRONKĘ NASZĄ I ZA KRÓLOWĘ NARODU POLSKIEGO UZNAJEMY.
Zarówno siebie samych, jak wszystkie ziemie polskie i wszystek Lud p o l e c a m y Twojej szczególnej opiece i obronie.
Wzywamy pokornie Twej pomocy i miłosierdzia w walce o dochowanie wierności Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, Kościołowi świętemu i jego Pasterzom. Ojczyźnie naszej świętej, Chrześcijańskiej Przedniej Straży, poświęconej Twojemu Sercu Niepokalanemu i Sercu Syna Twego. Pomnij Matko, Dziewico, przed Obliczem Boga, na oddany Tobie Naród, który pragnie nadal pozostać Królestwem Twoim pod opieką Najlepszego Ojca wszystkich narodów ziemi.
Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym.
Lud mówi: Królowo Polski - przyrzekamy!
Matko Łaski Bożej, przyrzekamy Ci strzec w każdej duszy polskiej daru łaski, jako źródło Bożego życia. Pragniemy, aby każdy z nas żył w łasce uświęcającej i był świątynią Boga, aby cały Naród żył bez grzechu ciężkiego, aby stał się Domem Bożym i Bramą Niebios dla pokoleń wędrujących przez polską ziemię - pod przewodnictwem Kościoła katolickiego - do wiecznej Ojczyzny.
Lud mówi: Królowo Polski - przyrzekamy!
Święta Boża Rodzicielko i Matko Dobrej Rady. Przyrzekamy Ci z oczyma utkwionymi w żłóbek Betlejemski, że odtąd wszyscy staniemy na straży budzącego się życia. Walczyć będziemy w obronie każdego dziecięcia i każdej kołyski równie mężnie, jak ojcowie nasi walczyli o byt i wolność Narodu, płacąc obficie krwią własną. Gotowi jesteśmy raczej śmierć ponieść, aniżeli śmierć zadać bezbronnym.
Dar życia uważać będziemy za największą łaskę Ojca Wszelkiego Życia i za najcenniejszy skarb Narodu.
Lud mówi: Królowo Polski - przyrzekamy!
Matko Chrystusowa i Domie Boży. Przyrzekamy Ci stać na straży nierozerwalności małżeństwa, bronić godności kobiety, czuwać na progu ogniska domowego, aby przy nim życie Polaków było bezpieczne. Przyrzekamy Ci umacniać w rodzinach królowanie Syna Twego Jezusa Chrystusa, bronić czci Imienia Bożego, wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii i miłości ku Tobie, strzec Prawa Bożego, obyczajów chrześcijańskich i ojczystych. Przyrzekamy Ci wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić go przed bezbożnictwem i zepsuciem i otoczyć czujną opieką rodzicielską.
Lud mówi: Królowo Polski - przyrzekamy!
Zwierciadło Sprawiedliwości. Wsłuchując się w odwieczne tęsknoty Narodu, przyrzekamy Ci kroczyć za Słońcem Sprawiedliwości Chrystusem Bogiem naszym. Przyrzekamy usilnie pracować nad tym, aby w Ojczyźnie naszej wszystkie Dzieci Narodu żyły w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku.
Przyrzekamy dzielić się między sobą ochotnie plonami ziemi i owocami pracy, aby pod wspólnym dachem Domostwa naszego nie było głodnych, bezdomnych i płaczących.
Lud mówi: Królowo Polski - przyrzekamy!
Zwycięska Pani Jasnogórska. Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi.
Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu i rozwiązłości.
Przyrzekamy zdobywać cnoty wierności i sumienności, pracowitości i oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej.
Lud mówi: Królowo Polski - przyrzekamy!
Królowo Polski, ponawiamy śluby Ojców naszych i przyrzekamy, że z wszelką usilnością umacniać i szerzyć będziemy w sercach naszych i w polskiej ziemi cześć Twoją i nabożeństwo do Ciebie.
Bogurodzico Dziewico, wsławiona w tylu świątyniach naszych a szczególnie w Twej Jasnogórskiej Stolicy.
Oddajemy Tobie szczególnym aktem miłości każdy polski dom i każde polskie serce, aby chwała Twoja nie ustawała w ustach naszych dnia każdego, a zwłaszcza w dni Twoich świąt.
Przyrzekamy Ci iść w ślady Twoich cnót, Matko-Dziewico i Panno Wierna, i z Twoją pomocą wprowadzać w życie nasze przyrzeczenia.
Lud mówi: Królowo Polski - przyrzekamy!
W wykonaniu tych przyrzeczeń widzimy ŻYWE WOTUM NARODU, milsze Ci od granitów i brązów. Niech nas zobowiązują do godnego przygotowania serc naszych na Tysiąclecie Chrześcijaństwa Polski.
W przededniu Tysiąclecia Chrztu Narodu naszego chcemy pamiętać o tym, że Ty pierwsza wyśpiewałaś narodom hymn wyzwolenia z grzechu, że Ty pierwsza stanęłaś w obronie maluczkich i łaknących i okazałaś światu Słońce Sprawiedliwości, Chrystusa Boga naszego.
Chcemy pamiętać o tym, że Ty jesteś Matką naszej Drogi, Prawdy i Życia, że w Twoim Obliczu Macierzyńskim najpewniej rozpoznamy Syna Twego, ku któremu nas wiedziesz niezawodną dłonią.
Przyjm nasze przyrzeczenia, umocnij je w sercach naszych i złóż przed Obliczem Boga w Trójcy Świętej Jedynego. W Twoje dłonie składamy naszą przeszłość i przyszłość, całe nasze życie narodowe i społeczne, Kościół Syna Twego i wszystko, co miłujemy w Bogu.
Prowadź nas poprzez poddaną Ci Ziemię Polską do bram Ojczyzny Niebieskiej. A na progu nowego życia sama o k a ż nam Jezusa, błogosławiony Owoc żywota Twego. Amen.

Istota Zmartwychwstania Jezusa i jego historyczny wymiar
Tekst zaczerpnięty z książki autorstwa Josepha Ratzingera - Benedykta XVI pt. „Jezus z Nazaretu” cz. II nie jest łatwą lekturą. Mistrz teologii wysokiego lotu wprowadza nas na drogi właściwego rozumienia istoty wydarzenia Zmartwychwstania Jezusa. Tym wydarzeniem został zapoczątkowany nowy wymiar bytowania, nowy kształt życia dotyczący nas wszystkich, którzy jesteśmy przez Zmartwychwstałego zaproszeni
(...) Na szczególną uwagę zasługują tu następujące rozróżnienia:
- Jezus nie jest kimś, kto powrócił do normalnego życia biologicznego i zgodnie z prawami natury będzie musiał któregoś dnia umrzeć.
- Jezus nie jest zjawą („duchem”). Znaczy to: Nie jest kimś, kto w rzeczywistości należy do świata umarłych, może jednak w jakiś sposób ukazywać się w świecie żyjących. Aby zrozumieć, na czym polega istota Zmartwychwstania Chrystusa, trzeba zauważyć, że spotkania ze Zmartwychwstałym są czymś innym niż doświadczenia mistyczne, w których duch ludzki zostaje na chwilę uniesiony ponad siebie samego oraz doświadcza świata Boskiego i wiecznego, by potem znowu powrócić do normalnego wymiaru swej egzystencji. Doświadczenie mistyczne jest wyjściem na jakiś czas poza granice obszaru duszy i jej zdolności postrzegania. Nie jest ono jednak spotkaniem z osobą realną przychodzącą do mnie z zewnątrz. Paweł z całą wyrazistością odróżnił swe doświadczenia mistyczne - na przykład opisane w 2 Kor 12,1-4 podniesienie go do trzeciego nieba - od spotkania ze Zmartwychwstałym na drodze do Damaszku, które było wydarzeniem w historii, spotkaniem z Żyjącym.
Co w rzeczywistości, na podstawie tych wszystkich danych biblijnych, możemy powiedzieć o szczególnej naturze Zmartwychwstania Chrystusa?
Jest ono wydarzeniem, które dokonało się w historii, lecz narusza jej obszar i wychodzi poza jej granice.
(...) Ponieważ my sami nie mamy jeszcze doświadczenia takiego odnowionego i przemienionego rodzaju materialności i życia, nie powinniśmy się dziwić, że wykracza on poza granice naszych pojęć i wyobraźni.
Istotny jest tu fakt, że w Zmartwychwstaniu Jezusa nie został kiedyś przywrócony do życia jakiś pojedynczy zmarły; w Zmartwychwstaniu dokonał się przeskok ontologiczny dotyczący bytu jako takiego, zainaugurowany został wymiar, który dotyczy nas wszystkich i który stworzył dla nas wszystkich nowy obszar życia - bycia razem z Bogiem.
To wszystko trzeba brać pod uwagę przy rozważaniu Zmartwychwstania jako faktu historycznego. Z jednej strony musimy powiedzieć, że istota Zmartwychwstania polega na tym właśnie, że wykracza ono poza granice historii i otwiera nowy wymiar, który nazywamy zazwyczaj wymiarem eschatologicznym. Zmartwychwstanie tworzy nowy obszar, który stawia historię ponad nią samą oraz inauguruje rzeczywistości ostateczne. W tym sensie trzeba powiedzieć, że Zmartwychwstanie nie jest takim samym wydarzeniem historycznym, jak narodzenie Jezusa bądź Jego ukrzyżowanie. Jest nowością - nowym rodzajem wydarzenia.
Jednocześnie jednak stwierdzić należy, że nie jest ono po prostu poza czy ponad historią. Będąc wyjściem z historii i wzniesieniem się ponad nią, ma jednak początek w samej historii i do pewnego momentu do niej należy. Można by to przypuszczalnie wyrazić w następujący sposób: Zmartwychwstanie wyprowadza poza historię, jednak pozostawiło w niej jakiś ślad. Dlatego świadkowie mogą je poświadczać jako wydarzenie zupełnie nowego rodzaju.
Przepowiadanie apostołów, z cechującym go entuzjazmem i śmiałością, jest rzeczywiście niemożliwe bez rzeczywistego kontaktu świadków z dotykającym ich z zewnątrz zjawiskiem całkowicie nowym i nieoczekiwanym, jakim było ukazywanie się zmartwychwstałego Chrystusa i Jego słowa. Przekaz apostolski mogło zainicjować tylko jakieś rzeczywiste i radykalnie nowe wydarzenie - wydarzenie, którego nie można było wyjaśnić na drodze spekulacji ani wewnętrznych, mistycznych doświadczeń. W swej śmiałości i nowości czerpie ono życie z niezwykłego dynamizmu wydarzenia, którego nikt nie mógł wymyślić i które przekracza wszelkie wyobrażenia.
Na koniec jednak ciągle na nowo staje przed nami wszystkimi pytanie, które Juda Tadeusz zadał Jezusowi w Wieczerniku: „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” (J 14,22). Tak, dlaczego z całą mocą nie przeciwstawiłeś się Twoim wrogom, którzy Cię skazali na śmierć krzyżową? Dlaczego z całą nieodpartą siłą nie pokazałeś im, że jesteś Żyjącym, Panem życia i śmierci? Dlaczego ukazałeś się tylko małej grupie uczniów, których świadectwu my teraz mamy zaufać?
Pytanie to dotyczy, rzecz jasna, nie tylko Zmartwychwstania, lecz całego sposobu objawiania się Boga w świecie. Dlaczego samemu Abrahamowi, dlaczego nie możnym tego świata? Dlaczego samemu Izraelowi, nie zaś w sposób niekwestionowany wszystkim narodom na ziemi?
Otóż tajemnica Boga polega na tym, że działa On bez rozgłosu. W wielkiej historii ludzkości niezauważalnie buduje swoją historię. Staje się człowiekiem, tak jednak, że przez współczesnych sobie, przez miarodajne siły historii, może pozostać niezauważony. Cierpi i umiera, jako Zmartwychwstały chce przyjść do ludzkości tylko przez wiarę swoich, którym się ukazuje. Nie przestaje lekko pukać do drzwi naszych serc i jeśli je otworzymy, powoli czyni nas widzącymi.
Czy jednak nie taki właśnie jest Boski styl? Nie pokonywanie siłą zewnętrzną, lecz dawanie wolności, obdarzanie miłością i budzenie. A jeśli się dobrze zastanowimy, czy nie przyznamy, że to, co z pozoru jest tak małe, jest czymś naprawdę wielkim? Czy nie od Jezusa wychodzi rosnący przez wieki promień światła, który nie mógł pochodzić od żadnego zwykłego człowieka, promień, za pośrednictwem którego rzeczywiście ukazuje się światu blask światła Bożego? Czy przepowiadanie apostołów mogłoby znaleźć wiarę i zbudować powszechną wspólnotę, gdyby nie działała w nim moc prawdy?
Jeśli uważnym sercem słuchamy świadków i otwieramy się na znaki, którymi Pan ciągle na nowo uwiarygodnia ich i siebie samego, wtedy wiemy: On prawdziwie zmartwychwstał. On jest Żyjącym. Jemu się powierzamy i wiemy, że znajdujemy się na właściwej drodze. Razem z Tomaszem wkładamy nasze ręce w przebity bok Jezusa i wyznajemy: „Pan mój i Bóg mój!” (J 20,28).

Nawrócenie się Malcolma Muggeridge'a

autor: ks. Mieczysław Piotrowski TChrWstąpienie Malcolma Muggeridge’a do Kościoła katolickiego w 1982 r. odbiło się głośnym echem w środkach masowego przekazu. Był on bowiem jednym z najsłynniejszych angielskich dziennikarzy, pisarzy i twórców najlepszych telewizyjnych programów w XX wieku. Malcolm Muggeridge był prawdziwą gwiazdą małego ekranu, a równocześnie niezwykle bły­sko­tli­wym pisarzem, porównywanym z G.K. Chestertonem i C.S. Lewisem. Nawrócenie Malcolma Muggeridge’a nie było gwałtownym wydarzeniem, tak jak nawrócenie św. Pawła, lecz ukoronowaniem długiego procesu wytrwałego poszukiwania prawdy. Sam konwertyta stwierdził, że do czasu wstąpienia do Kościoła katolickiego nieustannie „walczył przeciwko czemuś, o czym wiedział, że go w końcu urzeknie i zdobędzie”… DzieciństwoMalcolm Muggeridge urodził się w Londynie 24 marca 1903 r. Jego ojciec był agnostykiem, współzałożycielem Niezależnej Partii Pracy (Independent Labour Party) i Towarzystwa Fabiańskiego (Fabian Society). W rodzinnym domu Malcolma chrześcijaństwo zostało zastąpione religią socjalistycznego postępu – rodzice sądzili, że Pan Bóg jest im niepotrzebny. Malcolm przejął od ojca przekonanie, że będzie można zbudować socjalistyczny raj na ziemi – sprawiedliwe, pokojowe i dostatnie społeczeństwo. Jako chłopiec Malcolm w wielkiej tajemnicy przed rodzicami zdobył Biblię i czytał ją w ukryciu, jakby to była zakazana książka. Czytał Ewangelię z wypiekami na twarzy, ale tak, aby nikt tego nie widział. Czytając biblijne teksty, odkrywał nowy tajemniczy świat, znajdował tam wielką duchową głębię i pocieszenie. Podkreślał niektóre zdania, czytał Biblię nawet w łóżku, zatrzymywał się nad fragmentami tekstów, które szczególnie go dotknęły, a najczęściej były to opisy męki i śmierci Chrystusa. Inną książką, która w tym okresie wywarła na niego wielki wpływ, była Boska komedia Dantego Alighieri. CambridgeMalcolm studiował w Selwyn College w Cambridge. Zaprzyjaźnił się ze starszym od siebie klerykiem Vidlerem, który był wpływową postacią w college’u. Ich przyjaźń przetrwała aż do śmierci. Dzięki tej znajomości Malcolm mógł przez dwa semestry zamieszkać w klasztorze anglikańskiego zakonu Dobrego Pasterza. Był to dla niego okres wyjątkowego doświadczenia wspólnoty Kościoła. Zajęcia codzienne były tam przeplatane modlitwą brewiarzową, Eucharystią, nauką oraz pracą w ogrodzie. Malcolm rozpaczliwie szukał pomocy w kwestiach wiary. Chciał wiedzieć, czym ona jest i jak można ją zdobyć. W żarliwej modlitwie prosił o jakiś namacalny znak życia w wieczności, ale takiego znaku nie otrzymał. Nie wiedział, że wiara jest trudną i bolesną drogą całkowitego ogołacania się ze wszelkiego zła, które człowieka zniewala i uniemożliwia mu doświadczenie świata duchowego. To krótkie religijne doświadczenie sprawiło, że Malcolm zrozumiał, iż – jak to sam po latach napisał – „drogi wstrzemięźliwości prowadzą do szczęścia, natomiast pobłażanie sobie, szczególnie w dziedzinie seksualnej, prowadzi do nieszczęścia i wyrzutów sumienia. Co za radość rodzi się w sercu, gdy odrzuci się światowe ambicje, rozpustę, krzykliwe egoistyczne pragnienia. Co za cierpienie – gdy człowiek im ulegnie”… Utrata wiaryPod koniec studiów Muggeridge traci wiarę i porzuca chrześcijaństwo. Nauka stała się wówczas dla niego namiastką religii. Po skończonych studiach otrzymuje propozycję pracy nauczyciela w Indiach. Wyjeżdża tam, ale nie może uciec przed pytaniami o ostateczny sens życia. Poznanie hinduizmu, buddyzmu i islamu jednak pogłębia jego szacunek do wielkości i głębi chrześcijaństwa. W 1926 r. w liście do ojca napisał, że „chrześcijaństwo ogarnia całość i jest tym dla życia, czym Szekspir dla literatury”. To wtedy Malcolm zafascynował się książkami Chestertona o św. Franciszku i o podstawach wiary (m.in. Orthodoxy). Pisał, że kocha Chrystusa, ale nie znosi instytucjonalnego Kościoła, dlatego że „zabija żywe piękno Boga”; w rzeczywistości jednak całą swoją ufność pokładał nie w Chrystusie, tylko w ideach socjalizmu. Wraca do Anglii w 1927 r. i rozpoczyna pracę jako nauczyciel w Birmingham. Muggeridge był wtedy przekonany, że człowiek osiągnie wewnętrzną harmonię i szczęście w socjalistycznym państwie. „Jestem socjalistą – pisał – dlatego, że wierzę, iż odpowiednie warunki pomogą człowiekowi być dobrym, a tylko kolektywizm takie warunki stwarza”. Malcolm otrzymuje propozycję pracy w Kairze i wyjeżdża tam razem ze swoją żoną. W Kairze zaczyna swoją karierę dziennikarską, pracując jako korespondent „Manchester Guardian”. Zakochany we wstrzemięźliwościMalcolm Muggeridge poślubił Kitty Dobbs latem 1927 r. w urzędzie stanu cywilnego. Żona Malcolm pochodziła z zamożnej rodziny i tak jak on była przesiąknięta socjalistycznymi ideami. Oboje uważali się za wyzwolonych ze wszelkich religijnych ograniczeń i przesądów, dlatego ich ślub był zwykłą partnerską umową, którą można było zerwać w każdej chwili. Poglądy na temat seksu mieli ultraliberalne. Dopiero po wielu latach zrozumieli, że egoistyczna pogoń za seksualną przyjemnością, która doprowadziła ich do licznych zdrad małżeńskich, była przyczyną ogromu cierpień, które zadawali sobie i swoim dzieciom. Kiedy Malcolm zdradzał żonę, towarzyszyło mu zawsze silne poczucie winy. Czuł pogardę do swoich egoistycznych zachowań i tęsknotę za czystością serca. Pisał, że uleganie seksualnej pożądliwości jest egoistyczną pogonią za szczęściem, które jest jak „młoda sarenka, piękna i gibka. Kiedy poluje się na nią, staje się biedną, wystraszoną ofiarą, a kiedy się ją zabije – cuchnącym mięsem”. Przez większą część swojego życia Malcolm walczył z cielesną pożądliwością. Podczas tej duchowej batalii o czystość serca z tęsknotą zwracał się w stronę chrześcijańskich zasad, które mówiły, że prawdziwe szczęście można znaleźć tylko „w odrzuceniu egoizmu, a nie w uleganiu mu; w odwracaniu się od cielesnych pożądliwości, a nie w ich zaspokajaniu”. Malcolm nie zagłuszał głosu sumienia, nie próbował usprawiedliwiać swoich zdrad małżeńskich i nazywać zła dobrem. Zachował elementarną uczciwość, był wierny głosowi sumienia. Taka postawa, po latach wewnętrznych zmagań, doprowadziła go do wiary i pojednania się z Bogiem, do odkrycia pełni prawdy w Kościele katolickim. Muggeridge napisał esej na temat rewolucji seksualnej Down with Sex (Precz z seksem). Na podstawie swoich obserwacji, jak również przykładów z życia ukazał, do jakiej pustki duchowej oraz deprawacji przyczynia się łamanie zasad moralnych w dziedzinie płciowości. Ostrzegał, że styl życia proponowany przez seksualną rewolucję prowadzi do największych życiowych nieszczęść. 18 stycznia 1962 roku tak pisał w swoim dzienniku: „Jedyne pragnienie, które w tym życiu pozostało we mnie, to to, aby wypalił się we mnie wszelki egoizm, cała pycha, lubieżność, chciwość… Pragnę, aby słabnący płomień mego istnienia płonął jasno i pewnie, bez wybuchów dymu, aż błyśnie ostatni raz”. W wywiadzie udzielonym w grudniu 1965 r. wyznał, że udało mu się wreszcie stać się panem samego siebie i opanować swoje żądze. Powiedział: „Człowiek musi podjąć decyzję: albo utrzymać w karbach swoje pożądliwości, albo im ulec. Ja swoje zwyciężyłem”. Odtąd zaczął się najpiękniejszy okres życia w ich małżeństwie: wielki pokój i szczęście płynące z małżeńskiej harmonii. Malcolm i Kitty odkryli radość czystej miłości małżeńskiej, zaczęli cieszyć się sobą nawzajem tak, jak nigdy przedtem. Powściągliwość, samoograniczenie, asceza, uczenie się panowania nad sferą zmysłów i uczuć w tym celu, aby osiągnąć wolność ducha i potrafić kochać, i cieszyć się życiem, było płynięciem pod prąd powszechnie lansowanemu stylowi życia. Nic dziwnego, że taka postawa Muggeridge’a wywołała falę krytyki i szyderstw ze strony obrońców i piewców liberalnego seksu, którzy propagowali hedonistyczne oraz permisywne zachowania. Postawa Muggeridge’a nie była powrotem do purytanizmu, ale drogą do wolności i pełnej radości życia. W swoim dzienniku pisał: „Teraz jestem zakochany we wstrzemięźliwości. Nie powinien człowiek rezygnować z jakichś rzeczy dlatego, że są przyjemne (to jest purytanizm), ale dlatego, że kiedy ich sobie odmówi, inne okażą się przyjemniejsze”. PrzemianaMuggeridge był bezkompromisowy w poszukiwaniu prawdy zarówno w wymiarze moralnym, jak i intelektualnym. Walczył ze swoim egoizmem, z nieopanowanymi uczuciami i pożądliwością, ale dokonywało się w nim również zmaganie intelektualne w poszukiwaniu prawdy. Całkowicie przesiąknięty ideami socjalizmu na początku lat trzydziestych XX w. opowiedział się za komunizmem. Kiedy w 1932 r. wyjeżdżał do Moskwy jako korespondent, był przekonany, że zobaczy kraj, w którym po raz pierwszy w ludzkiej historii nie ma wyzysku, są za to równość, sprawiedliwość i szczęście. Będąc na miejscu, bardzo szybko się jednak przekonał, że wierzył w utopię. Odkrył, że wszystko w ZSRR zbudowane zostało na kłamstwie i przemocy. Pisał: „Na początku było tam kłamstwo i kłamstwo stało się informacją, która zamieszkała między nami”. Osobiście doświadczył, że komunistyczna ideologia wcielona w życie ukazuje swoje barbarzyńskie oblicze, przerażające monstrum totalitarnego zniewolenia i ludobójstwa. Był świadkiem głodu na Ukrainie, który uśmiercił dziesiątki milionów ludzi. Ten głód został z premedytacją zaplanowany i zrealizowany przez Stalina jako kara za opór wobec przymusowej kolektywizacji. W tym samym czasie europejskie elity zachwycały się Związkiem Radzieckim. Wielu dziennikarzy, pisarzy i intelektualistów, kierując się polityczną poprawnością i zwykłym oportunizmem, wbrew faktom pisało idylliczne kłamstwa o sytuacji w komunistycznym „raju”. Malcolm opisał to zjawisko ślepoty, głupoty i nieuczciwości intelektualnej w noweli Winter in Moscow (Zima w Moskwie, 1934) i nazwał je szczególnym grzechem XX w. Muggeridge jako jeden z niewielu dziennikarzy miał odwagę pisać prawdę. Był pierwszym, który poinformował opinię publiczną o przerażającej zbrodni głodu na Ukrainie. Swoje artykuły wysłał do redakcji w Manchesterze, ukrywając je w bagażu dyplomatycznym, aby nie zostały skonfiskowane przez komunistycznych agentów. Pobyt w ZSRR spowodował, że Muggeridge z odrazą odrzucił całą komunistyczną ideologię, która owocuje w totalitaryzmie władzy, w zniewoleniu i zbrodni ludobójstwa. Jego przebywanie w Związku Radzieckim sprawiło, że Muggeridge ponownie zainteresował się życiem duchowym i Chrystusem. Odkrył ponadto mistyczną tradycję rosyjskiej kultury w książkach Dostojewskiego i Tołstoja. Kiedy podczas liturgii w cerkwi stał w tłumie wygłodzonych, modlących się ludzi, po raz pierwszy w swoim życiu doświadczył radosnej prawdy o Zmartwychwstaniu Chrystusa: że żadne moce na tej ziemi nie zdołają Go zwyciężyć. Malcolm odczuł wtedy wielkie pragnienie, ażeby całkowicie i bezwarunkowo zawierzyć całe swoje życie Chrystusowi, który jest wszechmocny swoją miłością, ale nie stosuje żadnych środków przymusu. Uświadomił sobie wtedy również, do jak katastrofalnych następstw prowadzi odrzucenie Chrystusa i Jego nauki – człowiek staje się wtedy szaleńcem i stacza się do poziomu zwierzęcego. Pojawiła się wtedy u Malcolma głęboka tęsknota, aby zostać chrześcijaninem. Pisał: „Religia chrześcijańska jest dla mnie jak beznadziejna miłość. Noszę w sobie jej obraz i od czasu do czasu patrzę na nią z rzewną tęsknotą”. Terroryzm liberalnej ideologiiRozczarowanie pobytem w ZSRR oraz ideologią liberalizmu sprawiły, że w 1944 r. Malcolm Muggeridge zaczął myśleć o wstąpieniu do Kościoła katolickiego. Tak pisał w swoim pamiętniku: „Widzę siłę i ważność Kościoła katolickiego, ale nie mogę jeszcze uczciwie zaakceptować Jego dogmatów”. Po powrocie z Moskwy Muggeridge zrozumiał, do jakiego stopnia liberalizm niszczy cywilizację europejską, że ostatecznym ukoronowaniem liberalizmu jest totalitaryzm. Liberalizm jest prekursorem totalitaryzmu. Pisał, że podstępnym kłamstwem liberalizmu jest pominięcie oczywistego faktu, że „człowiek pozostawiony samemu sobie staje się okrutny, lubieżny, leniwy i skłonny do zbrodni. Jedynym sposobem utrzymania w karbach jego złych skłonności jest wzbudzenie w nim bojaźni przed Bogiem i przed innymi ludźmi. Z tych dwóch alternatyw wyżej stawiam bojaźń przed Bogiem”. Według niego to, co ludzi uszlachetnia i mobilizuje do dobrego życia, to przede wszystkim świadomość istnienia Bożej sprawiedliwości i obawa, że z własnej winy można utracić życie wieczne. Muggeridge bronił chrześcijaństwa, nie będąc jeszcze chrześcijaninem; twierdził, że najgroźniejszym niszczycielem chrześcijaństwa nie jest Stalin czy Hitler, lecz liberalizm. Ostrzegał, że cywilizacja śmierci w liberalnym przebraniu już od przeszło 100 lat niszczy fundamenty chrześcijańskiej cywilizacji, która broni godności każdego człowieka, wolności sumienia i prawa do życia od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Idee liberalizmu wprowadzone w życie eliminują etykę chrześcijańską i wszelkie wynikające z niej zasady postępowania, a w konsekwencji prowadzą ludzkość do samozniszczenia. W swojej autobiografii Chronicles of Wasted Time (Kroniki zmarnowanego czasu) tak Muggeridge pisał o destruktywnym wpływie poglądów Freuda i Marksana całą zachodnią cywilizację: „Tak całkowicie podkopali fundament cywilizacji zachodniej Europy, jak tego nigdy nie uczynił lub nie mógł uczynić żaden rewolucyjny ruch”. Freud dokonał tego w dziedzinie moralności, a Marks w historii. Obaj wprowadzili pojęcie determinizmu i w ten sposób wmówili ludziom, że są zwolnieni ze wszelkiej odpowiedzialności za swoje osobiste i społeczne zachowania. Muggeridge podkreślał, że Jezus Chrystus jest jedynym fundamentem europejskiej cywilizacji, nie jest nim ani Charles Darwin, ani Karl Marks, ani Włodzimierz Iljicz Lenin. Liberalizm jest zaprzeczeniem tego wszystkiego, co objawił Chrystus. Jeżeli odrzuci się Chrystusa, to wtedy szukanie nadziei zaprowadzi do beznadziei, pogoń za szczęściem do ostatecznej rozpaczy, a pragnienie życia – do macek śmierci. Muggeridge był bezkompromisowy w walce z terroryzmem liberalnej ideologii. W 1968 r. zrezygnował ze stanowiska rektora uniwersytetu w Edynburgu. W kategoryczny sposób przeciwstawił się żądaniom studentów, którzy domagali się legalizacji na terenie uniwersytetu zażywania narkotyku LSD i rozprowadzania pigułki antykoncepcyjnej. W swoim przemówieniu podczas składania rezygnacji wykpił żądania studentów. Porównał tamtejszą sytuację do kondycji moralnej cesarstwa rzymskiego w czasie jego upadku. Natomiast bunt studentów z ich żądaniami narkotyków i środków antykoncepcyjnych określił jako makabrycznie zabawną i najbardziej żałosną w całej historii próbę ucieczki od obowiązków i trudności. Mówił: „Narkotyk i łóżko – jest to rodzaj ucieczki właściwy dla każdego starego, zaślinionego rozpustnika w każdym czasie i gdziekolwiek w świecie”. Świętość życiaMalcolm Muggeridge zawsze był przekonany o świętości ludzkiego życia. Zrozumiał, że oddzielenie współżycia seksualnego od prokreacji spowodowało straszne spustoszenie w sferze moralnej, w postawach, zachowaniach i relacjach międzyludzkich. Doprowadziło to do dyskredytowania macierzyństwa i promowania staropanieństwa, do akceptacji seksualnych perwersji i traktowania ich na równi z relacjami seksualnymi w małżeństwie, które są otwarte na nowe życie. W końcu doprowadziło to do legalizacji aborcji i przerażającego holokaustu nienarodzonych dzieci. W 1978 r. Muggeridge przepowiedział, że w niedalekiej przyszłości europejskie kraje ulegną pokusie zalegalizowania eutanazji jako sposobu na uwolnienie siebie i swojego elektoratu od rosnącego ciężaru opieki nad chorymi, starymi i upośledzonymi. Mówił, że opóźnianie rosnącego publicznego nacisku na legalizację eutanazji było spowodowane świadomością, że podczas procesu w Norymberdze eutanazja była zaliczona do potwornych zbrodni II wojny światowej. Muggeridge stwierdził: „wystarczy 30 lat, aby w naszym humanistycznym społeczeństwie przemienić tę zbrodnię wojenną w akt współczucia”. Podkreślał bolesny fakt, że aborcja i eutanazja są swego rodzaju „humanitarnym” holokaustem, w którym zdecydowanie więcej zamordowano ludzi aniżeli za czasów Hitlera. Muggeridge mocno zaangażował się w obronę encykliki Humanae vitae papieża Pawła VI. Podczas konferencji w San Francisco w 1978 r. poświęconej tej encyklice Muggeridge w swoim wystąpieniu stwierdził, że seksualność trzeba rozumieć jako sakrament miłości, fundament nierozerwalności małżeństwa i wspólnoty rodzinnej. Określił encyklikę Humanae vitae jako dokument o fundamentalnym znaczeniu dla całej ludzkości. Był przekonany, że historia potwierdzi słuszność stanowiska Kościoła w kwestii antykoncepcji. Takie stanowisko Muggeridge’a było aktem wielkiej cywilnej odwagi, wbrew dominującej w tamtym czasie propagandzie, że legalizacja antykoncepcji i aborcji jest znakiem emancypacji i wyzwolenia kobiet. Muggeridge zwalczał mentalność antykoncepcyjną i bronił świętości ludzkiego życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci. Był przekonany, że jedyną skuteczną odtrutką na zbrodnie aborcji i eutanazji – czyli, jak to nazywał, liberalne pragnienie śmierci – jest obrona świętości życia prowadzona przez Kościół katolicki. Kiedykolwiek słyszał stwierdzenie „niechciane dziecko”, wtedy mówił o tym, jak Matka Teresa, trzymając w dłoni małego noworodka, którego znalazła w Kalkucie w koszu na śmieci, z uśmiechem powiedziała: „Widzisz? W niej jest życie”. W progach domuMuggeridge wytrwale szukał prawdy. Na tej drodze mocnym wsparciem była dlań lektura dzieł wielkiego konwertyty św. Augustyna oraz arcydzieło mistyki chrześcijańskiej z XIV w. Obłok niewiedzy (The Cloud of Unknowing). Decydujący jednak wpływ na nawrócenie Muggeridge’a miało jego spotkanie z bł. Matką Teresą wiosną 1969 r., podczas realizacji filmu o Zgromadzeniu Misjonarek Miłości. Muggeridge pisał: „Matka Teresa jest sama w sobie żyjącym nawróceniem. Jest niemożliwe, aby będąc z nią, słuchając jej, obserwując, co robi i jak to robi, nie stać się samemu w jakiejś mierze nawróconym. Jej całkowite oddanie się Chrystusowi, jej pewność, że każdy człowiek ma być tak traktowany, wspomagany, kochany, jakby był to sam Chrystus; jej proste życie Ewangelią i radość z przyjmowania sakramentów jest czymś, czego nie można odrzucić. Nie ma książki, którą kiedykolwiek czytałem, przemowy, którą słyszałem, albo nabożeństwa, w którym uczestniczyłem, nie ma ludzkiej relacji lub jakiegoś transcendentalnego doświadczenia, które przybliżyłoby mnie bardziej do Chrystusa albo uczyniłoby mnie bardziej świadomym, co znaczy dla nas Wcielenie i czego od nas się domaga. Czym jest więc nawrócenie? Jest to kwestia podobna to pytania: czym jest zakochanie się? Nie ma standardowych procedur i ustalonego czasu”. Świadectwo Matki Teresy sprawiło, że w sercu Malcolma pojawiła się miłość do Kościoła katolickiego, ale potrzebował jeszcze 13 lat do podjęcia ostatecznej decyzji o staniu się katolikiem. Jego książka Jesus Rediscovered (Jezus na nowo odkryty), wydana w 1969 r., świadczy o tym, że Muggeridge zaczął się uważać za chrześcijanina nie związanego z żadnym Kościołem. Miał już świadomość, że najgroźniejszą chorobą ducha jest pycha, która odcina człowieka od Boga, a także zmysłowość, która wiąże człowieka z ziemią. Pojawiły się wtedy u niego wyrzuty sumienia, że zmarnował dużą część swojego życia. Swój żal wyraził w słowach: „Wzywałeś mnie, lecz ja nie przyszedłem – te puste lata, te puste słowa, ta pusta namiętność”. Podjął wtedy mocne postanowienie, aby owocniej przeżyć te lata, które mu jeszcze pozostały. Zaczął wspierać misję Matki Teresy i angażować się w pomoc dla umysłowo upośledzonych we wspólnocie L’Arche założonej przez Jeana Vaniera. Aleksander Sołżenicyn, Simone Weil oraz Jean Vanier byli według niego najważniejszymi współczesnymi mu pisarzami chrześcijańskimi. W połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku Muggeridge całkowicie pozbył się telewizora. Doszedł bowiem do przekonania, że telewizja jest „magazynem naszego zakłamania”, a kamera telewizyjna „najbardziej groźnym ze wszystkich wynalazków w naszych czasach”. W 1981 r. podczas wywiadu Muggeridge ostrzegał, że najtrudniej jest chrześcijaninowi przeciwstawić się „ogromnej sile urojeń. Człowiek stworzył w tym wieku taką maszynę urojeń, jakiej nigdy dotąd nie było. Gdziekolwiek się znajdziesz, te urojenia są obecne i sugerują ci, że szczęście osiąga się przez cielesność, że pełnię życia znajduje się w sukcesie”. Muggeridge wskazywał na niebezpieczeństwo ucieczki w świat urojony, nierzeczywisty, wirtualny, wytworzony przez media i reklamę: „Nigdy dotąd w dziejach ludzkości mało istotne materialne aspekty życia nie przedstawiano w tak kuszący sposób przez reklamę, nakłaniając ludzi, aby pragnęli coraz więcej i więcej rzeczy, wtłaczając im przekonanie, że radość i największe szczęście osiąga się przez cielesność”. Podkreślał, żerzeczywistość „musimy penetrować, ogarnąć ją, kochać ją, jako największy dar”, gdyż w tej rzeczywistości jest obecny Wcielony Bóg – Jezus Chrystus, a dokonuje się to przez modlitwę. Wreszcie w domuDecyzja wstąpienia do Kościoła katolickiego była w życiu Muggeridge’a ukoronowaniem długiego procesu duchowego dojrzewania. Z wielką pokorą przyjął wszystkie prawdy objawione nam przez Boga i nauczane w Kościele katolickim. Żałował, że tak długiego czasu potrzebował, aby całkowicie się nawrócić. Został przyjęty do Kościoła katolickiego wraz ze swoją żoną Kitty 27 listopada 1982 r. w kaplicy Our Lady Help of Christians w Sussex, w miejscowości Hurst Green. Ceremonii przewodniczył biskup diecezji Arundel Cormac Murphy O’Connor. Jak Muggeridge sam napisał, jego nawrócenie dało mu „poczucie powrotu do domu, pozbierania nici zmarnowanego życia, odpowiedzi na wezwanie dzwonu, który przez długi czas go wzywał. Znalezienia miejsca przy stole, które czekało na niego od dawna”. Muggeridge odkrył radosną prawdę, jak dobry i miłosierny jest Bóg, który czyni wszystko, aby doprowadzić wszystkich grzeszników do nawrócenia się. Człowiek jest wolny i może stracić kontakt z Bogiem, może pogrążyć się w swojej zmysłowości i w swojej pysze wywyższać siebie, gardzić swoim Stwórcą. W swojej głupocie może Boga przeklinać, wyśmiewać się z ludzi wierzących, może ogłosić śmierć Boga. Jednak pod koniec swojego ziemskiego życia pozostanie mu tylko jedno: upaść na kolana i w pokornej modlitwie zawierzyć siebie Bożemu Miłosierdziu. Jeżeli tego nie zrobi, czeka go przerażająca wieczność piekła. Jeżeli natomiast to uczyni, wtedy doświadczy ogromu dobroci, miłości i miłosierdzia Boga, nieopisanej radości z przebaczenia wszystkich swoich grzechów. Muggeridge całym sercem przyjął skarb wiary i podporządkował całe swoje życie jej wymaganiom. Czytamy w Liście do Hebrajczyków, że „wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (11,1). Malcolm Muggeridge podkreślał, że wiara jest specjalnym rodzajem poznania, gdyż musimy zaakceptować istnienie zasłony tajemnicy pomiędzy czasem i wiecznością. Wiara pozwala człowiekowi wnikać w tę tajemnicę i nawiązać osobisty kontakt z Jezusem Chrystusem, który jako prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, aby nas uwolnić z niewoli szatana, grzechu i śmierci. Po swoim nawróceniu Muggeridge okazywał szczególną miłość Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Uczestniczenie we Mszy św. było dla niego najważniejszym wydarzeniem każdego dnia. Nadprzyrodzony świat duchowej rzeczywistości stał się dlań bardziej realny aniżeli świat poznawany naszymi zmysłami. Razem z żoną prowadzili życie w ciszy, bez telewizji, w oddaleniu od świata, w całkowitym oddaniu się Bogu podczas długich codziennych modlitw. Przygotowywali się na najważniejszy moment spotkania się z Chrystusem w chwili śmierci, prowadząc mistyczne życie, całkowicie oddane Bogu. W 1988 r., na dwa lata przed swoją śmiercią, Muggeridge pisał: „Tu na ziemi zawsze czułem się obcy, mając świadomość, że nasz dom jest gdzie indziej. Teraz, zbliżając się do końca mojej pielgrzymki, znalazłem schronienie w Kościele katolickim, skąd mogę widzieć Bramę Niebios w murach Jeruzalem, wyraźniej niż skądkolwiek indziej, choć tylko jak przez przyciemnione szkło”. W 1989 r. Muggeridge coraz bardziej podupada na zdrowiu i traci pamięć. Pan Bóg wysłuchał jego modlitwy, w której prosił o całkowite oczyszczenie: „upokorz moją dumę”. Opatrzony świętymi sakramentami Muggeridge odszedł do wieczności 14 listopada 1990 r. – przeszedł przez Bramę Niebios. Jego życie jest świadectwem tego, że Bóg „Daje się znaleźć tym, co Go nie wystawiają na próbę, objawia się takim, którym nie brak wiary w Niego. (...) Mądrość nie wejdzie w duszę przewrotną, nie zamieszka w ciele zaprzedanym grzechowi” (Mdr 1,2.4).   ks. Mieczysław Piotrowski TChr Źródła: M. Muggeridge, Conversion: The spiritual Journey of a Twentieth-Century Pilgrim, Harper Collins, 1988; Gregory Wolf, Malcolm Muggeridge: A Biography, London 1995; M. Muggeridge, Jesus Rediscovered, London 1969; Joseph Pearce, Literary Converts, Ignatius Press, 2000; Joseph Pearce, Pisarze nawróceni, Fronda. 

Franciszek wzywa Kościół do budowania solidarności młodych ze starszymi
2015-03-11 10:51
st (KAI) / Watykan / KAI
Do przezwyciężania podziałów pokoleniowych i budowania solidarności ludzi młodych ze starszymi wezwał Ojciec Święty podczas swojej dzisiejszej audiencji ogólnej. Jej głównym tematem była wartość i znaczenie roli dziadków w rodzinie. Na placu św. Piotra słów papieża wysłuchało około 12 tys. wiernych.

Ks. prof. Krukowski: ateiści nie mogą narzucać wierzącym swojego światopoglądu
2015-03-03
lk / Warszawa / KAI
Konstytucja gwarantuje wolność sumienia wierzącym i niewierzącym. Ateiści mają w Polsce swoje organizacje, są wybierani do parlamentu, był nawet prezydent-ateista i nikt go gorzej z tego powodu nie traktował. Ateiści nie mogą jednak narzucać swojego światopoglądu przez ograniczanie wolności religijnej ludzi wierzących - uważa ks. prof. Józef Krukowski. W wywiadzie dla KAI obchodzący 50-lecie pracy naukowej wybitny znawca prawa wyznaniowego przypomina też o konstytucyjnym prawie do wolności religijnej w życiu prywatnym i publicznym, o czym nie pamiętają przeciwnicy wieszania symboli religijnych w Sejmie, nauczania religii w szkole i prawa do klauzuli sumienia.

Blok reklamowy

Wyszukiwanie

Liturgia słowa

Czytania:

  • Ewangelia:

Zegar

Dzisiaj jest

niedziela,
25 czerwca 2017

(176. dzień roku)

Licznik

Liczba wyświetleń:
281156